Odskocznia

14:22:00


Spakowałam walizkę i pojechałam na drugi kraniec Polski, aby w końcu normalnie żyć. Aby doznać całej palety smaków mieszkania w dużym mieście możliwości. Właściwie to nieoczekiwanie realizowałam marzenie sprzed laty. Miałam ogromną okazję spełnić ich znaczną część.
Rozpoczęłam pracę w sporej szanującej się niemieckiej korporacji na dużo lepszych warunkach niż w Global Internationaling. Dostałam informację zwrotną, że już na rozmowach rekrutacyjnych wywarłam na ”firmie” ogromne wrażenie i chcą mnie w swych szeregach. W końcu praca z prawdziwym niemieckim jaki znam, a nie wiedeńskim dialektem. Tak! Witaj przygodo!
Zamieszkałam w hostelu, którego wrota otworzyła przede mną super menadżerka, która jednocześnie była pierwszą przesympatyczną osobą spotkaną na nowej drodze, oferując mi przystępną cenę za miesiąc pobytu.  Na inne hostele do których pisałam nie starczyłoby mi pensji. Mieszkanie w hostelu było w pewnym rodzaju egzotycznym doświadczeniem. Już pierwszego dnia w kuchni przywitał mnie pijany człowiek swym angielskim chrapaniem. 
   Ekipa z mojej fali rekrutacji to w większości mieszanka przesympatycznych, kreatywnych, dobrze wykształconych, ciekawych ludzi pełnych pasji, którzy znali po kilka języków obcych i w niejednym miejscu byli, niejedno widzieli. Znakomicie się odnalazłam w ich towarzystwie. Sporo dali mi dobrego. W końcu czułam się dobrze z ludźmi z którymi przybyłam do pracy. Nikt mnie chociażby nie wyśmiewał z powodu czytania książek bo też sami doskonale zdawali sobie z tego wartość. Nikt z nich też nie poniżał mnie z faktu mych doświadczeń, ponieważ samami mieli ich rozmaite ilości. To jest właśnie to wartościowi ludzie równają ku górze i nie wbijają Ciebie w dół, abyś był niżej od nich.
Jednak macki jeszcze jakże świeżych wydarzeń z Global Internationaling dopadały mnie w samej stolicy Małopolski. Nie odcięłam się od tego co się wydarzyło. Będąc w nowej teraźniejszości żyłam w przeszłości. Czyli właściwie nie było mnie. Zmieniłam czynniki zewnętrznie, a wewnętrznie dopadały mnie wydarzenia ostatnich tygodni.
Dodatkowo piętrzące się trudności w znalezieniu mieszkania czy kolejne drobne rozczarowania w pracy ciążyły bardziej niż zazwyczaj. Byłam potwornie zmęczona psychicznie, wypalona. Powinnam była odpocząć po traumie. Nabrać więcej sił. Jednak widmo kilku rat jeszcze do spłacenia w kredycie pchnęły mnie w drogę i nie zdając sobie sprawy z zaawansowanego stanu mojego wyczerpania wyruszyłam na nieznany ocean. I nie przetrwałam pierwszego sztormu.
W momencie kiedy przydzielono mnie już do odpowiedniego projektu, który absolutnie nie współgrał ze mną. I gdy podczas delegacji w Hamburgu zaczęły pojawiać się przebłyski podobnych postaw i zachowań z którymi miałam do czynienia chwilę wcześniej. Pojawiały się myśli, że nie warto się angażować bo znów mnie wykorzystają. To co się wtedy ze mną działo na projekcie było pochodną wydarzeń w Global Internationaling. To absolutnie nie byłam ja. Sama wówczas tego nie rozumiałam. Mogłabym opisać dość długą kolejną historię z cyklu korporacyjnych wydarzeń, a uwierzcie mi byłoby o czym pisać, ale nie w tym rzecz. Generalnie sęk w tym, że byłam stanowczo za słaba na te właśnie wydarzenia po dwuletniej męce, którą doznałam w poprzedniej firmie. Nie chciałam się męczyć, więc podjęłam nieudaną próbę zmiany projektu. W ostatnich dniach pobytu w Hamburgu dostałam wiadomość, że powinnam jak najszybciej stawić się w szpitalu w Szczecinie na Unii Lubelskiej. Nie dostałam wolnego. Tak, więc nawet mi się nie śniło, aby się w nim pojawić mimo wezwania. No to los mnie zmusił. Byłam jedyną osobą z którą nie podpisano umowy i to wcale nie z powodu braku kompetencji.
Było mi niesamowicie przykro i żal. Najbardziej wszystkich przygód, które mogły się zdarzyć, a nigdy nie zaistniały. Przeżyłam w ciągu 61 dni dużo więcej pozytywnych zajść niż przez cały rok w Szczecinie. Jak na przykład mieszkanie u nawiedzonego krakowskiego artysty i ucieczka z pomocą mojego znajomego, który udawał adwokata. Hehe… Sporo tego było J  Tylko przez listopad i grudzień 2014 roku zdążyłam być najfajniejszą gapowiczną ever (pozdrawiam Artka), najpiękniejszą polką w Polsce (pozdrawiam Pana Taksówkarza), przesympatyczną dziewczyną (pozdrawiam Anię!).
Krakowsko – hamburskie poza zawodowe zdarzenia były pierwszą jaskółką dobrej zmiany. Szansą na spełnienie moich marzeń życia w wielkim mieście i podróżowaniu po świecie. To wszystko wówczas nie zagrało bo ja nie byłam prawdziwie otwarta na zmianę, a permanentny stres ostatnich miesięcy dawał się we znaki fizycznie… Tylko zmiana w życiu jest pewna i należy być na nią elastycznym…

You Might Also Like

0 komentarze

Popularne Posty

Polub mnie na Facebook

Subscribe